wszystkie dzwieki ciszy

Kiedy wprowadziliśmy się do czteropiętrowego murowanego akademika w centrum Warszawy, poinformowano nas właściwie o wszystkich przysługujących nam prawach i obowiązkach. Od konieczności odkładania kolorowych kluczyków zawsze w to samo miejsce w akwarium na portierni, przez przywilej nocowania gości (usługa darmowa – do trzech nocy w miesiącu), po kosmicznie wygórowaną stawkę za udostępnienie żetonu na pojedyncze pranie w podstarzałej pralce niemieckiej marki Miele (10 zł z własną kapsułką!). Nie będzie pani chciała koca, to go pani odniesie na poziom -1 – usłyszałam jeszcze na odchodne, kiedy po raz pierwszy wręczono mi klucz oraz kartę mieszkańca.

Pierwsze tygodnie mijały i dosyć szybko okazało się, że w atmosferze związanych z zakwaterowaniem emocji o jednym jednak nas nie uprzedzono. Niezależnie od pory dnia i nocy, od ścian budynków tworzących dziedziniec głośnym echem odbijał się przeraźliwy, charkliwy, mokry kaszel.

Kaszel tak głośny, że przy otwartych oknach słychać go było na każdym piętrze i na całej szerokości budynku. Pojawiał się i znikał tak nagle, że ilekroć próbowałam się rozejrzeć, aby zlokalizować jego ujście, nastawała cisza. Z czasem przyzwyczaiłam się do niego i zaczęłam traktować jako naturalny element mojej codzienności, soundtrack moich pierwszych lat studiów. Zimą, ilekroć wietrzyłam nagrzane pomieszczenie, odgłos kasłania momentalnie wkradał się przez uchylone okno. Był ze mną i w letnie upalne wieczory, kiedy nauka do egzaminów spędzała mi sen z powiek. Nie zakłócały go ani nieustające hałasy miasta, ani donośne śmiechy gromadzących się na podwórzu hiszpańskich studentów z wymiany Erasmus, ani nawet następujące po nich, oburzone reakcje wychylających się z balkonów sąsiadów, którym odmówiono prawa do jakościowego snu.

Zdawałam kolejne egzaminy, obroniłam moją pierwszą pracę dyplomową, skróciłam włosy, a do pracy zaczęłam chodzić w marynarce i w zaprasowanych w kant spodniach. Podróżowałam po świecie i zwiedziłam kilka nowych państw. Zawsze jednak gdy wracałam, witał mnie ten sam charakterystyczny dźwięk.

Długo myślałam, że stanowi on jedynie ekscentryczny wytwór mojej wyobraźni. Jest wybrykiem przebodźcowanego umysłu, który nie potrafi nawet przyjąć do wiadomości, że mógłby chociaż przez chwilę nie rejestrować żadnego dźwięku, nie wygrywać jakiegoś rytmu, o niczym nie myśleć.

O tym, jak bardzo się myliłam przekonałam się dopiero w przeddzień mojej wyprowadzki. Gdzieś pomiędzy wyrzuceniem ostatniego worka śmieci, a przekręceniem kluczyka w bramce, wprost za moimi plecami usłyszałam znajomy mi odgłos. Odwróciłam się na pięcie tylko po to, aby wreszcie ujrzeć autorkę mojej kilkuletniej zagwostki.

Była dokładnie taka, jaką ją sobie wyobrażałam. Długie srebrne włosy układały się w fale, które spływały poniżej jej ramion. Siedząc na ławce pod drzewem w ciemnym ubraniu, idealnie wpasowywała się w tło, jak gdyby zwyczajnie przynależała do tego miejsca. W drobnych pomarszczonych dłoniach dzierżyła, prawie dopalonego już, papierosa.

Czasem jeszcze zastanawiałam się nad tym, jaka mogła być jej historia. Co doprowadziło ją do miejsca, w którym ją zastałam, i jak to się stało, że w mieście, w którym każdy biegnie w tylko sobie bliżej znanym kierunku, ona odmówiła brania udziału w tym wyścigu.

Po tak długim wspólnie spędzonym czasie pozostaje mi chyba tylko jej podziękować?